Melodramat numer dwa na ten miesiąc (po A.R.)
Założyłem się, to i musiałem obejrzeć (honor przede wszystkim), a skoro już obejrzałem, to i napiszę parę słów.
Tylko co by tu napisać... Hmm...
... najlepsza była scena z niemowlakiem trzymającym granat i mogącym w każdej chwili go odbezpieczyć (nieźle trzymająca w napięciu).
Również zakończenie mi się podobało. Może dlatego, że nie było przewidywalne. I jeszcze dlatego, że historia nie skończyła się jednym wielkim happy endem.
Oczywiście zdarzały się nudniejsze momenty, żeby nie było, że nie wspominałem.
Polecam wszystkim, którzy chcą się zapoznać z problemami krajów Trzeciego Świata i o próbach ich rozwiązania.
Moja ocena 8/10
P.S. Przepraszam, że tak krótko.
środa, 10 października 2012
poniedziałek, 1 października 2012
A.R.
Na początek dwa zasłyszane ostatnio teksty:
"Nie jest żubr, żeby go pod ochroną wiecznie trzymać"
"Zostaw przeszłość, to co było już nie wróci"
Niedziela późnym wieczorem...
Piję sobie herbatę cytrynową z sokiem malinowym (takim ze sklepu, bo tego ze słoika nie dam rady przełknąć), gdy nagle...
Na ekranie telewizora pojawia się Henry (tak ja go nazywam, chociaż w realu to Jonathan R....s M....rs - nie pamiętam pisowni) i wtem uświadamiam sobie, że miałem ten film kiedyś obejrzeć, a skoro już leci, to najwyższy czas to zrobić.Wchodzę więc głębiej do pokoju zastanawiając się, gdzie by się tu ulokować. Krzesło na uboczu wydaje się odpowiednie, dlatego zmierzam w jego kierunku. Jednak w tym samym momencie, kiedy siadam na nim, operator pilota przeskakuje na inny kanał...
Spokojnie biorę łyk herbaty i stwierdzam w myślach, że w końcu powtórzą to jeszcze z tysiąc razy, więc nie ma sensu się denerwować. Zresztą, i tak raczej film ten by mi się nie spodobał, bo należy do tych muzycznych, których po prostu nie znoszę, więc i mała strata. Postanawiam wypić herbatę do końca i następnie opuścić to pomieszczenie.
Równocześnie operator pilota skacze po programach. Na większości są reklamy, więc po dwóch, trzech rundkach z lekkim przerwami na ogarnięcie tego co gdzie leci, wracamy na film z Henrysiem.
A co tam, że nie wiadomo o co chodzi, bo już z dziesięć minut minęło - Władca Pilota ma decydujące zdanie, więc nie można się odzywać.
Dopijam herbatę i staram się przypomnieć, o czym to miało być. On, Henry - tutaj chyba Louis, Luis, Luiz (mniejsza z tym, jak się to pisze), rockman (tylko jak dla mnie taki trochę za mało rock// chociaż... jakby spojrzeć na to ze strony tego, co dziś zaliczają do rocka, to zwracam honor twórcom) z niebieskimi oczami i ona, L.... (nie pamiętam), wiolonczelistka, blondynka. Mają mieć romans, ona ma zajść w ciążę. Potem ma mieć jakiś wypadek i stracić dziecko. I na koniec ma się okazać, że dziecko jednak żyje. Tak mniej więcej. Tyle, że gdzieś też czytałem, że ten film to historia dziesięciolatka, geniusza muzycznego...
Na ekranie znów pojawia się śpiewający Henry/Louis, więc wtrącony z rozmyślań wracam do oglądania. (jak ktoś nie chce znać szczegółów filmu, to może sobie darować ciąg dalszy tego posta)
Koncert rockowy jest poprzetykany scenami z L... grającą na wiolonczeli. Ciekawie zrobione. Potem oboje spotykają się po raz pierwszy (w świetle księżyca) i spędzają ze sobą noc. Szybko się w sobie zakochali, nie? (ot, magia filmu) Niestety, chwile szczęścia nie trwają długo, gdyż już następnego poranka zostają rozdzieleni przez los. I nie widzą się więcej przez dziesięć lat. Dziesięć! (albo więcej)
Sceneria zmienia się i widzimy dziesięciolatka w domu dziecka, do którego wciąż przemawia muzyka i który wierzy, że jego rodzice go pragnęli i za wszelką cenę chce ich odnaleźć. Ucieka więc z przytułku i błąka się po mieście...
I tak dalej, i tak dalej. Całości opowiadał nie zamierzam...
Najbardziej podobała mi się jedna scena: kiedy to Henry/Louis spotyka w parku grającego na gitarze syna (wtedy żaden z nich nie wie, kim są dla siebie) i rzuca mu pieniądze do futerału, a potem wymieniają się gitarami, grają razem i rozmawiają o muzyce. Bezcenne. Tylko smutno mi się zrobiło, że nadal nie umiem grać na gitarze i w moim tempie działania prędko się nie nauczę. Nieważne jednak.
Chociaż zapamiętany opis filmu sprawił, że większość była dla mnie strasznie przewidywalna, to przyznam, że inaczej go sobie wyobrażałem przed obejrzeniem. Widząc napisy końcowe, niechętnie wracałem do rzeczywistości (ale prędko go drugi raz nie zamierzam oglądać). Jakbym miał oceniać, to dałbym 5+/10 (muszę sobie jakąś skalę ocen wymyślić).
"Nie jest żubr, żeby go pod ochroną wiecznie trzymać"
"Zostaw przeszłość, to co było już nie wróci"
Niedziela późnym wieczorem...
Piję sobie herbatę cytrynową z sokiem malinowym (takim ze sklepu, bo tego ze słoika nie dam rady przełknąć), gdy nagle...
Na ekranie telewizora pojawia się Henry (tak ja go nazywam, chociaż w realu to Jonathan R....s M....rs - nie pamiętam pisowni) i wtem uświadamiam sobie, że miałem ten film kiedyś obejrzeć, a skoro już leci, to najwyższy czas to zrobić.Wchodzę więc głębiej do pokoju zastanawiając się, gdzie by się tu ulokować. Krzesło na uboczu wydaje się odpowiednie, dlatego zmierzam w jego kierunku. Jednak w tym samym momencie, kiedy siadam na nim, operator pilota przeskakuje na inny kanał...
Spokojnie biorę łyk herbaty i stwierdzam w myślach, że w końcu powtórzą to jeszcze z tysiąc razy, więc nie ma sensu się denerwować. Zresztą, i tak raczej film ten by mi się nie spodobał, bo należy do tych muzycznych, których po prostu nie znoszę, więc i mała strata. Postanawiam wypić herbatę do końca i następnie opuścić to pomieszczenie.
Równocześnie operator pilota skacze po programach. Na większości są reklamy, więc po dwóch, trzech rundkach z lekkim przerwami na ogarnięcie tego co gdzie leci, wracamy na film z Henrysiem.
A co tam, że nie wiadomo o co chodzi, bo już z dziesięć minut minęło - Władca Pilota ma decydujące zdanie, więc nie można się odzywać.
Dopijam herbatę i staram się przypomnieć, o czym to miało być. On, Henry - tutaj chyba Louis, Luis, Luiz (mniejsza z tym, jak się to pisze), rockman (tylko jak dla mnie taki trochę za mało rock// chociaż... jakby spojrzeć na to ze strony tego, co dziś zaliczają do rocka, to zwracam honor twórcom) z niebieskimi oczami i ona, L.... (nie pamiętam), wiolonczelistka, blondynka. Mają mieć romans, ona ma zajść w ciążę. Potem ma mieć jakiś wypadek i stracić dziecko. I na koniec ma się okazać, że dziecko jednak żyje. Tak mniej więcej. Tyle, że gdzieś też czytałem, że ten film to historia dziesięciolatka, geniusza muzycznego...
Na ekranie znów pojawia się śpiewający Henry/Louis, więc wtrącony z rozmyślań wracam do oglądania. (jak ktoś nie chce znać szczegółów filmu, to może sobie darować ciąg dalszy tego posta)
Koncert rockowy jest poprzetykany scenami z L... grającą na wiolonczeli. Ciekawie zrobione. Potem oboje spotykają się po raz pierwszy (w świetle księżyca) i spędzają ze sobą noc. Szybko się w sobie zakochali, nie? (ot, magia filmu) Niestety, chwile szczęścia nie trwają długo, gdyż już następnego poranka zostają rozdzieleni przez los. I nie widzą się więcej przez dziesięć lat. Dziesięć! (albo więcej)
Sceneria zmienia się i widzimy dziesięciolatka w domu dziecka, do którego wciąż przemawia muzyka i który wierzy, że jego rodzice go pragnęli i za wszelką cenę chce ich odnaleźć. Ucieka więc z przytułku i błąka się po mieście...
I tak dalej, i tak dalej. Całości opowiadał nie zamierzam...
Najbardziej podobała mi się jedna scena: kiedy to Henry/Louis spotyka w parku grającego na gitarze syna (wtedy żaden z nich nie wie, kim są dla siebie) i rzuca mu pieniądze do futerału, a potem wymieniają się gitarami, grają razem i rozmawiają o muzyce. Bezcenne. Tylko smutno mi się zrobiło, że nadal nie umiem grać na gitarze i w moim tempie działania prędko się nie nauczę. Nieważne jednak.
Chociaż zapamiętany opis filmu sprawił, że większość była dla mnie strasznie przewidywalna, to przyznam, że inaczej go sobie wyobrażałem przed obejrzeniem. Widząc napisy końcowe, niechętnie wracałem do rzeczywistości (ale prędko go drugi raz nie zamierzam oglądać). Jakbym miał oceniać, to dałbym 5+/10 (muszę sobie jakąś skalę ocen wymyślić).
piątek, 28 września 2012
Najtrudniejsze w kończeniu jest zaczynanie od nowa...
Witam serdecznie!
Tak więc to mój pierwszy post w nowym miejscu.
Nie jest mi łatwo przyzwyczaić się do bloggera, ale od dziś teraz zamierzam blogować tutaj. Czy coś z tego wyjdzie? Przekonacie się wkrótce (i ja także)...
Tak więc to mój pierwszy post w nowym miejscu.
Nie jest mi łatwo przyzwyczaić się do bloggera, ale od dziś teraz zamierzam blogować tutaj. Czy coś z tego wyjdzie? Przekonacie się wkrótce (i ja także)...
Subskrybuj:
Posty (Atom)