niedziela, 28 października 2012

Magia świąt vol.2

Podsumowanie tygodnia:
- widziałem trzy różne reklamy pełne śniegu
- spadł prawdziwy biały puch.
Nic jednak nie przebije odcinka "Pingwinów z Madagaskaru" ze świętym Mikołajem i Świętami jako motywem przewodnim. Pozostawię to bez komentarza, jednocześnie przypominając, że mamy jeszcze październik...

czwartek, 25 października 2012

Coraz bliżej święta...

Niedługo pierwszy listopada... Zwykle po tym dniu zaczyna się emisja pierwszych świątecznych reklam. W tym roku jednak zaskoczyły wcześniej.
Było to wczoraj. Szukałem jakiegoś filmiku do prezentacji na zajęcia i w przed jednym z nich włączyła mi się reklama. Zwykle je wyłączam, gdy pojawia się możliwość pominięcia (tyle że zwykle te fajniejsze można pomijać i wychodzi na to, że je oglądam), lecz tym razem tego nie zrobiłem. Przed moimi oczami pojawił się padający śnieg. Zamurowało mnie.
I nagle poczułem tę całą atmosferę oczekiwania na święta. Bo przecież oczekiwanie jest najlepsze w tym wszystkim...

środa, 17 października 2012

Polska : England

Montenegro : Polska nie widziałem, bo nie emitowali na "normalnym" kanale. Pod koniec pierwszej połowy olśniło mnie, że mogli to dać w radio.Włączyłem je więc (trzeszczało, ale nie miałem wyboru) i jakoś posłuchałem, co się tam działo.

Polska : Moldova  - również nie widziałem, gdyż znowu nie mogli się dogadać w sprawie emisji. Radia też nie było w pobliżu. Nie pamiętam jak to się stało, ale szukając czegoś w Internecie trafiłem na mecz Austria : Niemcy, a co najciekawsze: z komentator mówił po hebrajsku/arabsku (bardziej to pierwsze).

Polska : England - przeczytałem w gazecie, że będzie można obejrzeć. Zorganizowałem sobie czas na ten wieczór, w ciągu dnia prawie zapomniałem o tym meczu, włączyłem telewizor i... deszcz. Duuuuuużo deszczu. I duże jeziorko zamiast boiska. To mi się przypomniał mecz z Euro (Szwecja : Ukraina bodajże). Tylko, że tam była burza i w końcu przestało padać. A u nas niestety - padało wciąż i nie zanosiło się na to, żeby przestało. I na zamykanie dachu też już było za późno. Po długim oczekiwaniu podjęto decyzję, że spotkanie odbędzie się następnego dnia o siedemnastej. Jak to usłyszałem, to dotarło do mnie, że tego meczu również nie zobaczę - dzięki moim "wieczorowym studiom dziennym".

Nawiasem mówiąc, aż  się zastanawiam, co mi przeszkodzi w marcu zobaczyć Polska : Ukraina...

poniedziałek, 15 października 2012

Fifth Element

Z serii "herezje"": wlać Pepsi do szklanki CocaColi.

Nietypowe zwierzęta:
- Gizela.
- Przecież Gizela to imię.
- Nie, gizela to taka antylopa.
- Gazela chyba.
- Aaa...

Czy macie tak, że oglądacie coś zawsze w tym samym momencie? Ja często tak mam. Ile razy nie oglądałbym BADABUM, tak nie wiem, jak się ten film zaczyna. Znam większość scen na pamięć, ale początku nie. Może nie jest mi to pisane, by poznać tę tajemnicę? Zobaczymy następnym razem, gdy będą go emitować.

środa, 10 października 2012

Beyond Borders

Melodramat numer dwa na ten miesiąc (po A.R.)
Założyłem się, to i musiałem obejrzeć (honor przede wszystkim), a skoro już obejrzałem, to i napiszę parę słów.
Tylko co by tu napisać... Hmm...
... najlepsza była scena z niemowlakiem trzymającym granat i mogącym w każdej chwili go odbezpieczyć (nieźle trzymająca w napięciu).
Również zakończenie mi się podobało. Może dlatego, że nie było przewidywalne. I jeszcze dlatego, że historia nie skończyła się jednym wielkim happy endem.
Oczywiście zdarzały się nudniejsze momenty, żeby nie było, że nie wspominałem.
Polecam wszystkim, którzy chcą się zapoznać z problemami krajów Trzeciego Świata i o próbach ich rozwiązania.
Moja ocena 8/10

P.S. Przepraszam, że tak krótko.

poniedziałek, 1 października 2012

A.R.

Na początek dwa zasłyszane ostatnio teksty:
"Nie jest żubr, żeby go pod ochroną wiecznie trzymać"
"Zostaw przeszłość, to co było już nie wróci"

Niedziela późnym wieczorem...
Piję sobie herbatę cytrynową z sokiem malinowym (takim ze sklepu, bo tego ze słoika nie dam rady przełknąć), gdy nagle...
Na ekranie telewizora pojawia się Henry (tak ja go nazywam, chociaż w realu to Jonathan R....s M....rs - nie pamiętam pisowni) i wtem uświadamiam sobie, że miałem ten film kiedyś obejrzeć, a skoro już leci, to najwyższy czas to zrobić.Wchodzę więc głębiej do pokoju zastanawiając się, gdzie by się tu ulokować. Krzesło na uboczu wydaje się odpowiednie, dlatego zmierzam w jego kierunku. Jednak w tym samym momencie, kiedy siadam na nim, operator pilota przeskakuje na inny kanał...
Spokojnie biorę łyk herbaty i stwierdzam w myślach, że w końcu powtórzą to jeszcze z tysiąc razy, więc nie ma sensu się denerwować. Zresztą, i tak raczej film ten by mi się nie spodobał, bo należy do tych muzycznych, których po prostu nie znoszę, więc i mała strata. Postanawiam wypić herbatę do końca i następnie opuścić to pomieszczenie.
Równocześnie operator pilota skacze po programach. Na większości są reklamy, więc po dwóch, trzech rundkach z lekkim przerwami na ogarnięcie tego co gdzie leci, wracamy na film z Henrysiem.
A co tam, że nie wiadomo o co chodzi, bo już z dziesięć minut minęło - Władca Pilota ma decydujące zdanie, więc nie można się odzywać.
Dopijam herbatę i staram się przypomnieć, o czym to miało być. On, Henry - tutaj chyba Louis, Luis, Luiz (mniejsza z tym, jak się to pisze), rockman (tylko jak dla mnie taki trochę za mało rock// chociaż... jakby spojrzeć na to ze strony tego, co dziś zaliczają do rocka, to zwracam honor twórcom)  z niebieskimi oczami i ona, L.... (nie pamiętam), wiolonczelistka, blondynka. Mają mieć romans, ona ma zajść w ciążę. Potem ma mieć jakiś wypadek i stracić dziecko. I na koniec ma się okazać, że dziecko jednak żyje. Tak mniej więcej. Tyle, że gdzieś też czytałem, że ten film to historia dziesięciolatka, geniusza muzycznego...
Na ekranie znów pojawia się śpiewający Henry/Louis, więc wtrącony z rozmyślań wracam do oglądania. (jak ktoś nie chce znać szczegółów filmu, to może sobie darować ciąg dalszy tego posta)
Koncert rockowy jest poprzetykany scenami z L... grającą na wiolonczeli. Ciekawie zrobione. Potem oboje spotykają się po raz pierwszy (w świetle księżyca) i spędzają ze sobą noc. Szybko się w sobie zakochali, nie? (ot, magia filmu) Niestety, chwile szczęścia nie trwają długo, gdyż już następnego poranka zostają rozdzieleni przez los. I nie widzą się więcej przez dziesięć lat. Dziesięć! (albo więcej)
Sceneria zmienia się i widzimy dziesięciolatka w domu dziecka, do którego wciąż przemawia muzyka i który wierzy, że jego rodzice go pragnęli i za wszelką cenę chce ich odnaleźć. Ucieka więc z przytułku i błąka się po mieście...
I tak dalej, i tak dalej. Całości opowiadał nie zamierzam...
Najbardziej podobała mi się jedna scena: kiedy to Henry/Louis spotyka w parku grającego na gitarze syna (wtedy żaden z nich nie wie, kim są dla siebie) i rzuca mu pieniądze do futerału, a potem wymieniają się gitarami, grają razem i rozmawiają o muzyce. Bezcenne. Tylko smutno mi się zrobiło, że nadal nie umiem grać na gitarze i w moim tempie działania prędko się nie nauczę. Nieważne jednak.
Chociaż zapamiętany opis filmu sprawił, że większość była dla mnie strasznie przewidywalna, to przyznam, że inaczej go sobie wyobrażałem przed obejrzeniem. Widząc napisy końcowe, niechętnie wracałem do rzeczywistości (ale prędko go drugi raz nie zamierzam oglądać). Jakbym miał oceniać, to dałbym 5+/10 (muszę sobie jakąś skalę ocen wymyślić).